czwartek, 2 kwietnia 2009

Pokaz slajdów w Bonie


niedziela, 15 marca 2009

16 godzin do wschodu - szkice z indochin




    Cała rzeczywistość to ciągle wyłaniające się zdarzenia, powiązane ze sobą interakcje pomiędzy podmiotem obserwującym i obserwowanym przedmiotem. Według filozofii buddyjskiej ta rzeczywistość wyłania się z Pustki. W terminologii zachodniej pojawia się często określenie ”nothingness” czyli nicość. Ale słowo to ma zdecydowanie odniesienie nihilistyczne, a ponieważ termin ten wziął swój początek z filozofii buddyjskiej, można z całą pewnością stwierdzić, że Pustka na pewno nie oznacza braku istnienia. Wręcz przeciwnie to podstawa naszego Bytu. Pełnia, z której wszystko się manifestuje w każdej chwili. Każdy przejaw życia wyłania się z pola świadomości tejże Pustki i znika razem z nim. Cała egzystencja człowieka, łącznie z tworzeniem sztuki, polega na ciągłym wytwarzaniu takiego pola. Poprzez doświadczenie kontemplacyjne, dostępne również dzięki uważnemu fotografowaniu, możemy dotrzeć do tej Podstawy, czystej i nieskazitelnie pięknej od samego początku. Taki jest cel sztuki - dotrzeć do tej Ostatecznej Rzeczywistości. Jest to podejście antynaukowe. Nauka z  reguły bowiem traktuje przedmiotowo obiekt badań i nigdy nie dąży do utożsamienia się z przedmiotem. Dlatego nigdy przy pomocy nauki nie będzie można udowodnić doświadczenia kontemplacyjnego. Można go tylko doświadczyć, na przykład poprzez fotografowanie.
Zdjęcia Zygmunta Novaka z cyklu „16 godzin do Wschodu” są właśnie bardzo udaną próbą wprowadzenia widza w doświadczenie kontemplacyjne. To piękne i mądre fotografie. Jeśli będziemy je uważnie  oglądać, możemy doświadczyć prostego i głębokiego zachwytu nad życiem takim, jakim jest.

                                                                                     Izabela Jaroszewska

Izabela Jaroszewska, fotograf, dyrektor i wykładowca Europejskiej Akademii Fotografii w Warszawie www.eaf.com.pl

wtorek, 30 września 2008

Indochiny - to było to!


Wróciliśmy z wyprawy po Laosie, Wietnamie i Kambodży. To była fantastyczna wyprawa, jestem absolutnie zauroczony. Towarzyszył nam "Wróżbita" - to jest coś, czytasz o miejscach po których jednocześnie podróżujesz. Dzięki Tizziano za tę książkę.

Niektóre, luźne kartki z mojego dziennika...


poniedziałek


Na tarasie drewniano-murowanego guest house'u Zuela, siedzimy na pieknych i wygodnych meblach bambusowych. Światło sączy się niemrawo z kilku lampek. Co chwilę dobiega nas charakterystyczny pisk dziecięcej zabawki, to geko przyklejone do sufitu oznajmia, że wieczór to dla niego pora łowów. Z pobliskiego megafonu z charakterystycznym echem dobiega nas tępy głos wiadomości o 19ej. Jesteśmy w Socjalistycznej Republice Laosu. Z wiadomości mogę jedynie zrozumieć dwa słowa, Wietnam i Lao. Codziennie od 6 rano i od 18ej mieszkańcy Luang Namtha i pobliskich wiosek w północnym Laosie mają nieuniknioną sposobność posłuchać oficjalnej propagandy.







wtorek

Pod drewnianym zadaszeniem ze strzechy schowaliśmy sie przed pierwszym deszczem tego dnia. Dość szybko przestało padać. Kib i jego pomocnicy nakryli "stół" obrusem z liści bananowca i zaczęli wykładać jedzenie. Smażoną rybę, typowo laotański kleisty ryż, grzybki z mięsem, smażone jajka, sos z papryczką chili do maczania ryżu. Z porcji kleisz małą kulkę w palcach a potem maczasz ją w ostrym sosie. To podobno typowo laotański sposób. Jedzenie było bardzo smaczne, tylko ciągle to pytanie w głowie, czy nasze żołądki to wytrzymają? Co jeśli skończy się biegunką po dżungli przez najbliższe dwa dni? Wieśniacy całe jedzenie rozkładali rękami, nie koniecznie czystymi. Temperatura 30 st. jest jak wymarzona dla rozwoju bakterii. Co siedzi w rybie, co w jajkach? Nie jeść? Nie ma wyboru. Kolejne parę godzin szliśmy w coraz wyższy las bambusowy. Nad głowami przestało być widać niebo a jedynie zarośla.


sobota
Największą zmorą dzisiejszego marszu były pijawki. Najgorzej gdy ścieżka prowadziła wzdłuż strumienia. Na liściach paproci wystawiały sie te paskudne stworzenia by znaleźć sojego żywiciela. Byłem nim dzisiaj wielokrotnie. I choć ugryzienia są bezbolesne, jest to tak obrzydliwe, że marsz niekończącym się szlakiem pijawek może doprowadzić do szaleństwa. Wszelkie spraye, ktore zabraliśmy okazały się bezskuteczne. Te draństwa potrafią się przeciskać głęboko pod ubraniem. Pod pachę czy na plecy. Ochraniacze na buty czy długie spodnie, nic nie dają. Właśnie pod nie chętnie się wciskały. Obrzydliwość. W dżungli w porze mokrej to normalne.


piątek
Wietnamski model ruchu drogowego jest pod każdym względem wyjątkowy. Czegoś podobnego nigdzie nie widziałem. Klakson służy do popędzania, każdy pas jezdni, nawet ten pod prąd nadaje się zawsze do jazdy. żadnych zasad pierwszeństwa nie ma. Nawet czerwone światło ich nie zatrzyma. Ruch drogowy wygląda tu jak przepływająca krew. Duże cząsteczki są w mniejszości to samochody, małe cząsteczki wciskające się ze wszystkich stron, w duzej ilości, dużo szybciej, to motorki. Motorki mogą przewozić wszystko. Oprócz kierowcy w charakterystycznym kasku bez szyby, zakrywającym tylko górę czaszki, znajdzie się miejsce dla czterech osób albo dla długiego wieszaka na ubrania. Nawet martwa swinia przełożona poprzecznie na kanapie, z nogami do góry znajdzie swoje miejsce na skuterku. W Sajgonie na 5 milionów mieszkańców przypada 3 miliony motorków... Na ulicy nie ma już miejsca dla pieszego. Przejście na drugą stronę wymaga, refleksu, odwagi, ćwiczeń i szczęścia.




środa

Som pracuje w Botanice, zajmuje sie obsługa gości, sam tez przyrządza niektóre potrawy. Fantastycznie robi sos z tutejszego pieprzu, limonki i niezdrowego msg (to chyba jakiś konserwant). Uczy się angielskiego w miejscowej szkole. Ma 24 lata, wiec nie obejmuje go już bezpłatna nauka jak kambodżańskie dzieciaki. Wielu z nich nie stać na książki i dojazdy. Widziałem dzieci pracujące na budowie, w polu, w restauracji. Turyście zwiedzającemu Angkor najłatwiej spotkać dzieci handlujące pamiątkami, T-shirtami czy pocztówkami. Pensja Soma w Botanice ledwie starcza na opłacenie szkoły i pomoc rodzicom, którzy mieszkają w pobliskim Kampocie i z trudem się utrzymują uprawiając kawałek ziemi. Pamięta jako dziecko, jeden z sześciorga rodzeństwa, ze jego rodzice byli bardzo biedni. Miał tylko jedno proste ubranie, nie miał się w co przebrać gdy trzeba było je wyprać. Wspominał oddziały wojska rządowego walczące z niedobitkami Czerwonych Khmerów, pozostałymi jeszcze długo po upadku Pol Pota. Jego rodzice, jak mówił do dzisiaj maja psychiczny uraz spowodowany okrucieństwami Czerwonych Khmerów. On zna te historie już tylko z opowiadań. Musieli przeżyć, żywiąc się jedynie jedna garścią ryżu dziennie. Powiedział, ze nie zamierza się żenić bo nie stać go na utrzymanie rodziny. Chciałby w przyszłości zostać nauczycielem angielskiego, jak tylko lepiej go opanuje. Som był tak serdeczny a przy tym wrażliwy i dobroduszny, ze ujął nas oboje swoją osobowością. O przeszłości mówił z dużym spokojem i mimo wszystko wielka pogoda ducha. Na pytanie o chęć odwetu na ludziach z tamtych czasów, powiedział ze są już starzy, a poza tym nie czuje nienawiści. Mimo ze wie kto w jego wiosce służył w oddziałach Pol Pota i dręczył jego rodzinę. W ciągu pięciu lat reżimu został zamordowany praktycznie co trzeci obywatel Kambodży!








wtorek, 28 sierpnia 2007

Czas po afrykańsku


Nie sądziliśmy, że nasza Afryka zacznie się już po przekroczeniu granicy polsko-niemieckiej, wtedy gdy uwięźliśmy w pociągu. Okazuje się, że najbardziej podstawowymi słowami na Wyspach Zielonego Przylądka, są "espera" i "amania" czyli czekać i jutro. Przekonaliśmy się o tym wielokrotnie po wylądowaniu na jedynej wyspie archipelagu, mogącej przyjmować na lotnisku duże samoloty. Kontrola paszportowa na Sal i wykupienie wizy przebiegło sprawnie. Lotnisko to stosunkowo mały budynek wyposażony jedynie w to, co konieczne. Już z przewodnika było wiadomo, że wyspa Sal przyjmie nas marsjańskim krajobrazem. Jest tu zupełnie płasko, widać zaledwie trzy bądź cztery  wzniesienia przypominające hałdy odpadów kopalnianych. Brak drzew, zdarzają się pojedyncze krzewy, kolor ziemi szaro-brązowy. Widoki jak z niedokończonej budowy. Powierzchnia cała pokryta jest gruzem skalnym. Na krótko zawitaliśmy w oddalonym zaledwie o 2 km miasteczku Espargos. Niskie parterowe budynki stoją ciasno wzdłuż wąskich, wybrukowanych uliczek. Życie toczy się tu wartko, wszyscy się znają, więc jak nam opowiedział, spotkany w pierwszych minutach Patryk, właściciel zakładu foto-video, nie ma tu przestępstw, w przeciwieństwie do stolicy Praia, na wyspie Santiago. Patryk oprowadził nas po podobnie do siebie wyglądających uliczkach, poświęcając bezinteresownie ponad godzinę swojego czasu. Do upływu czasu, jak się wkrótce zorientowaliśmy, nie wolno tu przykładać naszej, europejskiej miarki. Pomógł nam kupić bilety na statek kursujący na Sao Vincente. Z resztą, w tym samym biurze - zupełnie niewyróżniającym się spośród innych domów, żadnego szyldu czy napisu - w którym sami wcześniej próbowaliśmy. Bilety, których brak, nagle się pojawiły. Za chwilę, dla dopiero co poznanych przez nas Francuzów, znowu ich nie było. Kolejną zasadą, po dwóch ważnych słowach, których znaczenie trzeba obowiązkowo sobie przyswoić, to brak jakichkolwiek reguł. (zn. fragment)








sobota, 1 lipca 2006

Borneo


Nad Kuchingiem powoli zapada noc. W ostatnich promieniach słońca kąpią się ciężkie , granatowe chmury nawleczone na szczyty zielonych wzgórz, pod nimi połyskują serpentyny rzek. Wszystko tonie w zieleni, strugach deszczu i mglistej tajemnicy. Lądujemy na Borneo.
Kuching, czyli kot w języku malajskim, to stolica stanu Sarawak, jednej z dwóch, obok Sabah, borneańskich prowincji należących do Malezji. Miasto pełne egzotyki, kolorytu i prawdziwie kociego wdzięku potrafi zaczarować każdego. Sąsiadujące z hinduskimi i chińskimi świątyniami, meczet i katedra anglikańska, wiele mówią o panującej tutaj tolerancji religijnej. Wprawdzie Malezja to kraj islamski, jednak wolność wyznania nie jest niczym ograniczana. Przy takiej mieszance etnicznej, tolerancja jest rzeczą naturalną. Malezyjskie Borneo jest ojczyzną Malajów ( w tym 27 rdzennych plemion), Chińczyków i Hindusów. Obok Muzułmanów żyją tutaj wyznawcy chińskiej religii, która jest zawiłą mieszanką taoizmu, konfucjanizmu i buddyzmu. Z kolei barwne obrzędy hinduistyczne, przeplatają się z animistycznymi rytuałami tubylców, oddających cześć duchom dżungli. 

Malownicza promenada nad rzeką Sarawak łączy nowoczesne centrum Kuchingu z targiem, na którym można znaleźć stosy nieznanych nam dotąd owoców, ryb, kolorowych i aromatycznych przypraw zawijanych w liście bananowca. Ulica sąsiadująca z promenada to prawdziwe eldorado dla znawców  i wielbicieli oryginalnych dzieł sztuki powstających w rękach artystów z okolicznych wiosek. Odwiedzanie tych galerii lepiej zostawić na koniec podróży. Istnieje bowiem ryzyko, że nie uda nam się oprzeć pokusie, i wydając wszystkie pieniądze na niezwykłe pamiątki, zapomnimy o reszcie Borneo.

By wejść na szlak prowadzący do jaskiń przepływamy łodzią przez żółtą i mętną rzekę, w której podobno czają się krokodyle i wchodzimy wprost w zieloną paszczę dżungli. Fascynujące miejsce, wcale nie sielankowe, czy łagodne. Cały czas czujemy dreszcz emocji, lekki niepokój i ogromny respekt. Otaczające nas 60 metrowe zielone giganty rosną tutaj od ponad 100 milionów lat, a my jesteśmy tylko przechodniami. Zachłanna zieleń zdaje się czyhać na każdy niezagospodarowany centymetr kwadratowy przestrzeni, by w momencie pochłonąć go, zarosnąć, opleść żelaznymi skrętami lian. Dookoła nas wirują kolorowe motyle wielkości dłoni, czarno-turkusowe, niebiesko-żółte, spod nóg uciekają jaskrawo zielone jaszczurki. Wśród oplecionych lianami gałęzi buszują małpy przekrzykujące się gdzieś wysoko nad naszymi głowami. Z drzew z łoskotem spadają gigantyczne liście i czerwone kwiaty, które okazują się być owadami o skrzydłach przybierających kształt i barwę hibiskusa. 


Po kilku godzinach przeprawy przez dżunglę docieramy w końcu do jaskini. Jest ogromna, imponująca, mroczna. Od wejścia uderza nieprzyjemny, gryzący zapach guana. Całe roje popiskujących nietoperzy i jaskółek przelatują nad naszymi głowami, obsiadają skalne półki. Otacza nas ciemność, przerywana wątłym światłem latarki, w której kończy się bateria i nieustanny szelest skrzydlatych mieszkańców tego miejsca. Tam, gdzie do środka jaskini wpada przez szczeliny słoneczne światło, widać wyraźnie cały jej ogrom. Niemal 100 metrowe skalne amfiteatry połączone korytarzami, a w nich sięgające sklepienia bambusowe i drewniane rusztowania. Podążając za szlakiem wiodącym przez całkowicie ciemny, wilgotny korytarz skalny, znajdujemy drogę do Jaskini Malowanej. To tutaj Barbara Harrisson odkryła, w 1958 roku, trumny o kształcie łódek, zawierające szczątki ludzkie datowane na 1200 lat wstecz, oraz malowidła naskalne i inne wytwory ludzkich rąk sprzed 40 000 lat.


Do siedziby parku wracamy już wieczorem. O tej porze odgłosy dżungli oszałamiają. Cykady grają ogłuszający koncert, śpiewy ptaków nadpływają ze wszystkich stron, gałęzie szeleszczą pod ciężarem niewidocznych dla nas zwierząt. Zachodzące słońce z trudem przebija gęstą zasłonę roślin, kładąc się na omszałym trakcie prowadzącym do obozu. Dżungla nie milknie nawet na chwile, kiedy w asyście biegających po ścianach drewnianej werandy gekonów, jemy aromatyczną, ostro-kwaśną kolację na skraju najstarszego ogrodu świata.
(tekst Kinga Novak, fragment.)


Złoto i krokodyle – Kimberley expedition 2006

Uwaga na spadające misie!


Jeśli wierzyć skłonnym do żartów Australijczykom, koala spadają z drzew wprost na głowy turystów. Tymczasem równie nieoczekiwanie spadł na nas pomysł podróży do Australii Zachodniej i zaowocował konkretnym planem spełnienia marzeń o bezkresnej przestrzeni, surowych kanionach wydrążonych w czerwonej ziemi, rzekach kryjących złoto i krokodyle czy amarantowych skałach na Cape Leveque wpadających wprost w turkusową otchłań oceanu. Przyśniła nam się podróż życia do miejsca gdzie wszystko jest inaczej, bo do góry nogami. (kn)



Doświadczyliśmy
 temperatur od -2 do grubo ponad 40 stopni Celsjusza
 kilkudziesięciu dni bez ani jednej chmury na niebie
 ciszy pozwalającej usłyszeć własne tętno
 realnego strachu przed krokodylami różańcowymi
 widoków zapierających dech
 prawdziwego braku wody
 poczucia bezgranicznej przestrzeni
 wielkiej życzliwości i pomocy spotkanych ludzi
 widoku gwiazd sypiących się prosto na głowę
 własnej słabości i kruchości w obliczu potęgi natury

i wielu innych rzeczy, a przede wszystkim NIEZWYKŁEJ PRZYGODY!